Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/494

Ta strona została przepisana.
CCXL.

To były cuda. Ale Blanqui zrobił cud największy. Wyzdrowiał. Za każdą wieścią, którą mu przynosiły listy, za każdą bytnością sióstr, ile razy znalazł wymyślanie na siebie samego w swem pisemku, zdawało się, że czerpie skądś nowe siły, że haustami pije nowe życie, starość gdzieś się podziewa, a rodzi zapał, wiara i chęć rozpoczęcia wszystkiego na nowo. Nie myśli, by rząd ustąpił, ale radością wzbiera mu serce na każde zawołanie z oddali, choćby najsłabsze. Dochodzą go okrzyki tłumów z Marsylii, Lyonu i Paryża i dają zdrowie, z dnia na dzień.
Teraz, w swych nieodłącznych sabotach, w czapce na głowie krząta się po sali, gotuje sobie obiady, rąbie sam drzewo, zawsze spokojny jak i przedtem, ale nie do poznania żwawy i czynny. Szybko i elastycznie nawet spaceruje sobie też czasem od okna do okna i z jakąś jakby niecierpliw ością patrzy na lśniącą Aubę, jakby czekał, rychło mu każą wyjść i wziąć się do roboty. Znowu teraz wyżej uszu zakopany jest w polityce, która jeno przyczaiła się w nim czasu choroby. Jak dawniej, cudownym sposobem skądś czerpie informacye, wysnuwa je z najdrobniejszej wzmianki, odgaduje iście po czarodziejsku. To nic, że minęły lata, że po okruszynie dostawał informacye. Dał sobie radę z tem wszystkiem i w swej salce ma przed oczyma całą Francyę wyborczą, wie gdzie się poczyna budzić opinia, w jakiem stadyum znajduje się ruch za amnestyą, jakie istnieją stronnictwa, wie że radykali gromadzą się pod dawniej głoszonymi hasłami, a Clemenceau rzuca pioruny w Izbie. Wie to wszystko stary Blanqui i rokuje sobie, że rok 1879 przyniesie wiele pożądanych zmian.