Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/68

Ta strona została przepisana.

w pierwszych szeregach powstańców, okalających wojsko ciasnem kołem. Ale nie pora nawet i na to. Nikt nie czyta pisaniny, Tuillerye i Palais Royal wzięte, na Louvrze zjawia się trójbarwny sztandar i powiewa tryumfalnie.

XXV.

Niepodobieństwem jest w tłoku i ścisku zauważyć, co robią poszczególni ludzie, w niezmiernym wrzasku trudno rozróżnić głos czyjś wyraźnie, w chaosie fal giną pojedyncze fale. I tylko gdzieś tu i owdzie dziennikarz i rysownik, obaj poprzestający na roli obserwatorów ulicy, mogli zauważyć i uchwycić wynurzające się z dymu postacie na pierwszym planie. Oni jeno mogli zanotować kilka rysów właściwych walczącemu Paryżowi. To jednak, co nam dali, wystarczy dla zobrazowania tego rozmachu mas, tej atmosfery entuzyazmu, którą dyszały ulice, heroizmu wielkiego dramatu, jak również i jego śmiesznostek.
Postaci tych wyjątkowych ludzi, wydzierających kamienie z bruku ulic, strzegących barykad, polujących na wszelaki uniform, przybierają nagle kształty legendarne i robotnik paryski zostaje uwieczniony w książkach i na płótnie, jako bojownik ulicy, doświadczony rewolucyonista, wędrujący po mieście pół nago, z ładownicą i szablą przywiązaną sznurkiem do koszuli, z gołą głową, w zdobytem kepi z galonami, lub stosowanym kapeluszu z pióropuszem, bez pieniędzy, znużony, wielkoduszny, poczerniały od prochu, pocący się na słońcu, upominający się ostentacyjnie o wodę, w chwili, gdy mu podają szklankę wina, rozsiadający się na tronie, jak to czynili