Strona:Guy de Maupassant-Wybór pism (1914).djvu/162

Ta strona została uwierzytelniona.
– 158 –

przez otwarte okno odgłos dalekiego wystrzału.
Zerwałem się tak prędko, że krzesło moje w tył się potoczyło i zawołałem:
— Wszyscy na koń! Ty Marchas weźmiesz dwóch ludzi i pojedziesz dowiedzieć się co się stało. Za pięć minut masz wrócić.
Podczas gdy trzech kawalerzystów oddalało się galopem w noc ciemną, ja wskoczyłem na siodło i z moimi dwoma innymi huzarami stałem przed gankiem willi, proboszcz zaś, siostra i trzy babki wystraszeni, wyglądali przez okna.
Nie było nic słychać, jak tylko szczekanie psa z oddali. Deszcz przestał padać, zimno wzmagało się. Wkrótce dał się słyszeć znowu galop jednego konia, który powracał.
Byłto Marchas. Zawołałem do niego:
— No i cóż?
Odrzekł:
— Nic się nie stało, François zranił jakiegoś starego wieśniaka, który odmówił odpowiedzi na wołanie: „Kto idzie“? i szedł dalej mimo zakazu. Niosą go tu zresztą, zobaczymy co to za jeden.
Poleciłem odprowadzić z powrotem konie do stajni i wysłałem dwóch moich żołnierzy naprzeciw innych, sam zaś wróciłem do pokoju.
Marchas, proboszcz i ja, znieśliśmy materac do salonu, by na nim złożyć zranionego, siostra zaś, targając na kawałki serwetę, przygotowywała szarpie. Podczas tego trzy przerażone babki skupiły się w jednym rogu salonu.
Wkrótce dał się słyszeć szczęk szabel wlokących się po drodze.