Strona:Helena Mniszek - Dziedzictwo.djvu/126

Ta strona została przepisana.

słów nie osłabić. Chwile milczenia jednak zapadały coraz częściej, rozmowa rwała się, bo borowy uparcie wracał do jakichś proroczych zwrotów. Krzepa wyglądał jak wróż słowiański w tę noc Kupały, który przy ognisku wspomina przeszłość i nowe przepowiada losy. Postać jego olbrzymia, oświetlona blaskiem płomieni, na tle ciemnych zwalistych gałęzi jodeł, miała w sobie potęgę i majestat weterana. Twarz jego dużą, ogorzałą, z głębokiemi bruzdami na wysokiem czole, ozdabiały obfite wąsy białe jak mleko. Z pod siwych nawisłych brwi patrzyły jasne, mądre oczy, otoczone siecią drobnych zmarszczek. Szpakowaty czub nad czołem jeżył się zawadjacko. Cechowała go szczerość i łagodność, wzbudzająca zaufanie. Uśmiech starca był pociągający, a z pod białych wąsów błyskały zęby prawie młodzieńcze, pomimo iż Krzepa ma z górą siedemdziesiąt lat. Mówił głosem miłym i dźwięcznym. Wreszcie słaby brzask jął przesiewać swe srebrne pyły, oksydowane mrokiem po przez gałęzie niebotycznych jodeł. Rzeka pokryła się siwą ołowianą omastą. Chłód powiał od wody, nagły szum przeleciał po czubach drzew, jakby przeszedł po nich dreszcz budzącego się lasu.
Świtało!
Ciszę ogromną, ciszę senną, prawie mistyczną w borze, zaczęły mącić lekkie kwilenia ockniętych ptaków. Głosy niepewne, słodkie, pojedyńcze, zlewały się z sobą w jedną harmonję, coraz głośniejszą i obfitszą w tony i melodje. Powstawała codzienna pieśń na chwałę poranku!... Szczególny nastrój zapanował w całej naturze, nastrój tak podniosły, że chciało się wykrzyknąć z piersi pełnej wzruszenia:
— Alleluja! Alleluja!...