Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/237

Ta strona została skorygowana.
XXIX.
Zwłoki Chwed’ka.

Styczeń otulał świat obfitością śnieżysk, ściął go mrozem krzepkim. Istny cud przyrody. Połacie zmarzniętej bieli wiszą na gałęziach. Drzewa niby kolumny białe, podszycie niskie lasu, krępe leszczyny, drobiazg drzewny zanurzony w chmurach sypkich, bieli nieskalanej, wszystko pławi się jak w kąpieli. Potężna, niewysławiona pagoda, białości przeczystej poświęcona.
Na rozstaju dróg, w lesie wilczarskim, stały małe saneczki zaprzężone w parę koni. Hawryłko drzemał na koźle, konie chrupało siano z wielkiej więzi położonej przed nimi. Dokoła bór głuchy, krakanie wron, jednostajny lament wróbli i szum drzew iglastych.
Grześko przechodząc linję leśną, dojrzał saneczki, poznał czyje są; zawrócił w tę stronę i wkrótce stanął obok Hawryłka. Zbudził go.
— Gdzie bojarzynka?
— Na Temnyj hrad pijszła.
— Sama?
— A szczoż.
— Boże chorony! A czegoż ty tak daleko stoisz?
— Tak kazała, to i słuchaju. Treba żdaty.
— Toż wiorsta drogi do zamczyska a śniegu po kolana.. Dawno przyjechała?...
— Oho! Wże dawno, wże i koniaki pomerzły na czysto. Pohany moroz.
— Często ona tak jeździ, biedniedka?...
— O czasto! Czut‘ ne każdoho dnia. Tuży za mołodym, panom, szczo tutki szczez. Neszczastnaja takaja dola.
Stary borowy westchnął.
— Boże chorony, żal i smutek. Taka młoda, urodna i ot co... nieszczęsna. Jej matka niedolę miała i dla niej niedola rośnie.
— A nie wraca ona do Turzerogów?...
— Gde tam! Pan był w Wilczarach, tak prosył, tak prosył