Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/41

Ta strona została skorygowana.

— Nie ogaduj siostry.
— Oho widzisz! widzisz ! jak pędzi Lora? Ani chybił, tylko pewno Grześko prowadzi kłusownika telegrafistę.
Smoczyńska istotnie nadbiegła wołając głośno:
— Idzie z Grzesiem jakiś piękny młodzieniec z psem i ze strzelbą, Grześko wcale się na niego nie gniewa, strzelby mu nawet nie odebrał, ot już idą tam na lewo.
— Lorka skocz do wody, to ochłoniesz, boś się już zapaliła.
— Głupi jesteś!
— To chyba naprawdę nie telegrafista — rzekła Andzia przypatrując się uważnie.
Jaś był tego samego zdania.
Grześko zbliżał się w towarzystwie młodego pana w sportowem ubraniu, lecz w postołach z łyka jakie noszą chłopi. Wysoko łykiem omotane nogi jak zresztą i całe prawie ubranie myśliwego zamazane było błotem i schlapane wodą. Z tej zabłoconej a jednak eleganckiej figury, zbrojnej w piękną strzelbę na ramieniu, wykwitała głowa młoda, energiczna, przystojnego szatyna, przykryta kapeluszem z piórkiem.
Szedł raźno uśmiechnięty i rozmawiał swobodnie z Grześkiem, który z uszanowaniem odnosił się do niego. Obok biegł śliczny wyżeł czystej rasy. Zbliżyli się. Andzia podniosła się z pnia, Jaś stał trochę zdziwiony. Grześko przemówił pierwszy.
— Ot pannuńciu sztuka! ja myślał, że to jaki pohany mużyk, albo telegrafist, a to Boże chorony sam jasny pan z Prokopyszcz. Ot mnie i bida.
— Dowiedziałem się już od Grzegorza o szczęśliwem spotkaniu z właścicielką tego lasu i podążyłem powitać ją — odezwał się pełnym barytonem niespodziewany przybysz. — Jestem Andrzej Olelkowicz z Prokopyszcz, z upoważnienia pana Kościeszy poluję tu na podloty kacze oczywiście — dodał z figlarnym uśmiechem przypatrując się krótkim sukienkom panienek. — Ponieważ to nie jest rewir Grześka, więc mnie tu spotyka pierwszy raz i chciał zaaresztować.
— Gdzież tam, Boże chorony! Jaż odrazu poznał, że to kniaź.
Młodzież powitała się uprzejmie.
Olelkowicz rzekł do Andzi:
— Bywałem w Turzerogach dosyć często, jeszcze za życia dziada pani, marszałka Hołowczyńskiego, z którym mój ojciec przyjaźnił się. Panią pamiętam doskonale, taką malutką, zaledwo trzyletnią dzieciną, ja zaś jako pierwszoklasista, nosiłem już mundur uczniowski.
— W takim razie moja mama była jeszcze wdową?...
— Tak, potem gdy pani Tarłowa wyszła za pana Kościeszę, bywaliśmy już rzadziej... aż... zerwały się stosunki zupełnie.