Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 2.djvu/128

Ta strona została skorygowana.

wie czy zupełnie poczytalnej ciotki. I zabrnęła by pani. Pan Smoczyński niedałby jej rozgrzeszenia. W takim razie szlachetne kapłaństwo idzie na bok. Przeważa własny egoizm.
— Jan kocha mnie... bardzo i nie wie o... moich walkach — szepnęła.
— Powinien wiedzieć. Wie napewno. Pani obłudną nie jest. On tylko nie reaguje na to. Ja mu się nawet nie dziwię, sam nie byłbym lepszym.
— A jednak pomimo to... — zawahała się.
— Kopię pod nim dołki? Tak?... To rzecz ludzka, zresztą pogrążając jego chcę ratować panią i uszczęśliwić siebie. Mieliście oboje runąć w przepaść, ale ja pani nie puszczę. Egoizm mój w tym wypadku lepszym jest od najwznioślejszego altruizmu pani, przy łożu ciotki.
— Nie mam żadnych skrupułów wobec pana Smoczyńskiego, bo i on na moim miejscu zrobiłby to samo.
— Nie, on by tego nie zrobił.
— Więc poświęciłby panią dwukrotnie. Przez jakie niewytłumaczone wątpliwości sumienia, pchnąłby panią na całopalną ofiarę i zadał gwałt własnym pragnieniom posiadania dla siebie... To absurd! Nie można być plus Pape que le Pape, bo najwięcej uduchowiony i wyczulony w rzeczach sumienia klerykał, jeszcze by tego nie potrafił. Co zaś do mnie, walczyłbym o panią nawet wtedy, gdyby pani kochała Smoczyńskiego. Czy taka batalja byłaby wygraną, to inna rzecz, ale starałbym się o szanse pierwszorzędne i nie myślałbym o kapitulacji.
Andzia patrzała na niego w ciągiem zdumieniu. Zaimponował jej znowu.
Jan ze swoją miłością i marzeniami w listach wydał jej się mdłym mazgajem.
Długi moment Andzia i Horski badali się wzajemnie oczyma. Nareszcie ona opuszczała rzęsy wolno, wolno. Uczuła gorąco na policzkach od tych jego spojrzeń. Ogarnęła ją niewypowiedziana trwoga i męka. Nagle myśl wyłowiła z pamięci i nasunęła jej określenie Horskiego przez Nordicę... „Głowonóg“... „Trudno mu się oprzeć, gdy już zarzuci macki“.
Oto jedna macka dosięgła już jej i owija... owija. Co za lęk niezwykły!
— Wracajmy do domu! — zawołała.
— Pani ma rzęsy zupełnie bajeczne i przedziwnie umie pani niemi władać. Gdy je pani spuszcza tak... jak teraz — per Bacco! djabli biorą człowieka. Jakaś miłosierna fala, że do tej pory nie toniemy. Przyznaję, że nawet przy mej zimnej krwi zapomniałem o wiosłach.
— Niech pan zawróci zaraz.