Strona:Helena Mniszek - Panicz.djvu/160

Ta strona została przepisana.

Denhoff, nie pozwolił mu skończyć. Wołał do ludu.
— Najprzód pochód, a potem zrobimy zebranie w gminie i... i tam zaprowadzimy ład na nasz sposób. Gmina dla gromady, gromada dla gminy! co nasze to nasze! więc i system nasz i obsada.
Odpowiedział mu poklask ogólny. Tłum otoczył Denhoffa szczęśliwy; upojony ważnością przyszłych czynów. Starzy gospodarze ściskali serdecznie dłoń młodego pana, młodzież na rękach wyniosła go z świetlicy. Ryszarda ogarnęło upojenie jakie daje sława, krew gorąca w war się zmieniła, ukropy te waliły mu do mózgu jak ekstrakty win. Czuł się tu wodzem, trybunem, którego imię i czyny zanotują kroniki. — Szedł wielki, jak Cezar, na czele zwycięskich legji. Pogromione hordy uciekały przed nim w imaginacji. Ale do Turskiego podsunął się Szczepański i rzekł:
— Panie dziedzicu, czy to ino nie za gorąco z tym pochodem? Co Warszawa to nie nasze wioski, a pan Denhoff bardzo młody; może nawarzyć takiego piwa, że i sam się struje i nas...
— Wątpię, czy nawet będzie warzył — pomyślał Maryś, głośno zaś odrzekł:
— Pan Denhoff nikogo nie narazi, niech Jakób będzie spokojny.
— A bo i o tym porządku we gminie tak jakoś gadał, Boże broń! A pod oknem to wie dziedzic kto stał?...
— No kto? Stróż nocny — zażartował Maryś bez przekonania.
— Ale gdzietam! Sam pisorz, Oreszek, widzieli go jak wracał.
— No to się przynajmniej nasłuchał pięknych rzeczy i... w razie czego, jest uprzedzony.
Szczepański szepnął jeszcze, znacznie spokojniej.
— A te kary, co to dziedzic wie, za banderje, to pono już przepadły, bez tę konstytucję. Dobre i to, pokąd będzie co lepszego.
Zanim szerokie plany Denhoffa weszły w czyn, ksiądz Janusz z Paszowskim przygotowali nową uroczystość.
W niedzielę 12 listopada mnóstwo ludu zebrało się w Okorowie, prawie cała parafja. Niezliczone ciżby narodu dążyły pod dach nowej świątyni, która tak prędko po konsekracji stała się widownią wznowionej zorzy. Obywatelstwo zjechało gwarnie, brakło tylko Korzyckich. Zdziwienie ogólne wywołał widok udekorowanej nawy kościelnej. Z pod sklepień opadały wieńce z jedliny i świerków, całe sosenki stroiły ołtarz główny. Oczekiwano czegoś, ale nikt nie wiedział co będzie. Denhoff poszedł do zakrystji i wrócił promienny, na pytający ruch brwiami Ireny, odpowiedział położeniem palca na ustach.
Po nabożeństwie i kazaniu proboszcz stanął przed ołtarzem,