Strona:Helena Mniszek - Panicz.djvu/194

Ta strona została przepisana.
VI.

W parę tygodni po balu warszawskim Denhoff przyjechał wczesnym rankiem do Turowa. Zastał Marysia spożywającego śniadanie. Młodzieniec zdawał się być w ciągłej gorączce, źrenice świeciły mu fosforycznie. Na zapytanie Ryszarda co porabia, że go nigdzie nie widać, odpowiedział krótko.
— Łajdaczę się.
— To najgorszy sposób zabijania w sobie bólu — odrzekł Denhoff. Czemu u licha nie wyrwiesz swego szczęścia z tych kurlandzkich zakusów, przecie to zależy jedynie od ciebie Marysiu.
Denhoff z Turskim mówili już sobie po imieniu.
— A ty zrobiłbyś tak będąc w moich warunkach...
— Wszak ona cię kocha.
— Trudno w to uwierzyć. Styl panny Korzyckiej dawniej był wyraźny, teraz... niezrozumiały.
— Czy tylko się z tem liczysz?
— Ty wiesz Ryszardzie, jakie jest moje położenie. Mój ojciec za nic niepozwala na związek z Korzycką. Gdybyż ona inne nosiła nazwisko! zaś Korzyccy mnie uważają za mezaljans dla córki. Jak z tego wybrnąć.
— Ojca przekonać, Korzyckich puścić w trąbę, Marylę zaś odebrać temu mamutowi. Ja takbym zrobił.
I ja do tego dążyłem, lecz teraz gdy ona zaręczyła się z innym, ręce mi opadły. Intruzem nie będę, nie mogę, nie potrafię.
— Ależ człowieku, zastanów się, nie ty, lecz tamten jest de fakto intruzem, ona Poszyngiera nie cierpi.
— Więc biorą go jego miljony i tytuł? to tem gorzej.
— Ubliżasz pannie Maryli. Tylko Perzyński dostawszy w jesieni kosza od niej, posądza ją o materjalizm. Ale to co innego, Perzyński mści się na niej, bo nie przypuszczał, aby on mógł być odrzuconym konkurentem. Więc Perzyńskiemu wolno, tobie nie.
— Maryla lubi blichtr, tytuły, bogactwo... lubi, to lubi.