Strona:Helena Mniszek - Panicz.djvu/241

Ta strona została przepisana.

Ziula twarz, zalaną łzami, ukryła na piersiach Ireny.
— Ziulka! Czego płaczesz?
A ona zaczęła szeptać.
— Tak mię okropnie wzruszyła ta scena z Marysiem. Widzisz Iruś, to jest dopiero miłość, wielka głęboka miłość. Czy Denhoff kochał tak samo Dorcię? Nie. Czy Stanisław kocha mnie aż tak silnie? także nie Iruś... a... ja... wiesz... ja go tak potężnie również nie kocham.
Zaległo milczenie.
— Czy ty to mówisz poważnie, Ziulu?
— Najzupełniej. Widzisz Iro, gdyśmy się zaręczyli i gdy mnie moi rodzice spytali, czy bardzo kocham Stacha, mówiłam tak, i miałam dla niego miłość serdeczną. Ale teraz widzę, że nasze idealne uczucia są niczem w porównaniu do miłości Marysia dla Maryli. To Iruś... to co innego. Maryś to siła, on potrafi walczyć o szczęście, nie tylko marzyć.
— A twój Stach? czy wątpisz o nim?
Ziula westchnęła.
— Tak — rzekła cichutko — Stach tylko potrafi latać ze mną w obłokach, marzy, tęskni za urojeniami i mnie z sobą nosi po gwiazdach, ale głębokie to nie jest.
Irena była zdumiona.
— Więc już i ty Ziulka zaczynasz analizować? Już wkradły się wątpliwości, które cię nurtują? To źle. Masz przykład na Dorci, ona również bardzo kochała Ryszarda, ale z chwilą gdy uczucia swe i jego istotę wzięła pod rozbiór szczegółowy, bezwzględny, wiesz co nastąpiło.
— Lepiej, że stało się to teraz, niżby takie myśli miały nawiedzać ją... za późno.
Irę i Ziulę pochłonęły szczere, poufne zwierzenia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Maryś Turski oświadczył się państwu Korzyckim o rękę Maryli i został przyjęty. Ten niezbędny akt form światowych wszyscy partnerzy odegrali klasycznie. Mama była jak należało uroczysta i poświęcająca córkę, papo typowo etykietalny i łaskawy dla przyszłego zięcia, którego „musiał tolerować“. Maryś sztywny, nawet nieco surowy, zachował powagę z pewną nienaruszalnością, broniącą od wszelkich nadprogramowych występów. Inni członkowie rodziny osłodzili Marysiowi przykrą chwilę, nie licząc narzeczonej; oczy i usta jej, oddane ukochanemu, były mu najmilszą nagrodą. Gustaw pogodzony już z „wybrykiem“ siostry nie darował dobrej okazji i tego samego dnia wieczorem w wielkim sekrecie poprosił Marysia o pożyczkę. Otrzymał ją wprawdzie, lecz w mniejszej o połowę sumie, niż żądał.