Strona:Helena Mniszek - Panicz.djvu/285

Ta strona została przepisana.

mokrem od potu, fałdowanem przez ból. Krokiem mniej pewnym poszedł dalej. W drugim parowie zobaczył dąb ulubiony niegdyś, już ścięty, ociosany, leżący na trawie bezwładnie.
— Gospodarują Trawkowscy! Jak ci ludzie nie mają ideałów, gotowi wykarczować okopy, orać je i zasadzać kartoflami — myślał ponuro.
Piął się na cypel z trudem, nogi mu ciężyły w kolanach i w krzyżu czuł szarpanie nerwowe, obezwładniające go. Ale wszedł, stanął na wierzchołku wyniosłego zrębu i patrzał. Dokoła niego, hen, daleko rozpostarte pola rżysk żółtych, łąki szaro zielone, zarośla, moczary. Wśród gąszczów kaliny i tarnin, szumi rzeczka, zjeżona grzywą pian, pędzi wartko po kamieniach, niekiedy skacząc z wdziękiem młodzieniaszka, czasem rwąc naprzód z wściekłością i gryząc kamieniste podłoże. Zbałwanione wody porywają gałęzie, kłaczki trawy i szumią i grzmią. „Panicz“ nasyca łzawe oczy widokiem wsi leżącej prawie pod okopami, nawet zwie się Zaokopowa; stąd pochodzą Trawkowscy. Ale nie myśli o nich, błądzi wzrokiem po ukochanej okolicy. Tam jego las czerni się ciężką barykadą drzew, tam kępa topoli, białe mury folwarku, czerwone dachy, to Worczyn. Zaledwo półgodziny, jak ich wszystkich opuścił i już za nimi tęskni.
— Co oni tam teraz robią? Czy myślą, czy mówią jeszcze o mnie, czy się domyślają, że jestem na okopach i patrzę na dach ich domu?
Ryszard nieśmiało skierował oczy na park wodzewski, był blisko, oddzielony od niego małym skrawkiem pola. Młodzieniec zadrżał. Oto widzi doskonale tę swoją siedzibę dwuletnią i już straconą. Oto sosna „głowonóg“ zwieszona dziwacznie nad brzegiem parowu, świeci na niej obrazek Bogarodzicy, to pamiątka po nim. Tam widać aleję, modrzewiową, jaka ciemna i piękna, tam dachy budynków, tunel grabowy, tylko domu już ani śladu, schowany w gąszczach parkowych. Nie, owszem, widać, widać szczyt ganku; na tle ciemnego świerku w zachodzie słońca wierzchołek ten błyszczy niby odłamek złota.
Denhoff uniesiony czcią głęboką porwany entuzjastyczną siłą uczucia wyciągnął ramiona i zawołał:
— Domu mój! domu mój, czy ja cię odzyskam!?...
Załkał, jęknęło mu w piersi. Pochylił głowę odruchowo zdjął kapelusz, jakby nad pomnikiem pogrzebanej, drogiej pamiątki. Nie zdając sobie sprawy z tego co robi, ukląkł. Teraz już nie walczył z sobą, nie próbował walczyć. Długo tamowany płacz wybuchnął wulkanicznie, piersi nie mogły znieść takiego naporu skowytów żałosnych, rozpaczliwy krzyk duszy był zbyt potężnym, zbyt żywiołowo okrutnym by mógł być dłużej więziony. Łzy falą rzęsistą zerwały wszelkie tamy, przebiły się przez zaciśnięte powieki i buchnęło łkanie, jak orkan straszli-