Strona:Helena Mniszek - Prawa ludzi.djvu/81

Ta strona została przepisana.

Z oddali od wsi doleciało pierwsze pianie kur, jednocześnie przeciągle zawył pies, Karo, na zwykłem miejscu w furtce.
Ludzie drgnęli, poruszyli się żywo, kilkanaście głosów przyciszonych, trwożnych, wołało na psa, chciano go odganiać precz, lecz stary Janiuk zaprotestował.
— Niech sobie wyje, odgonić nie odgonimy, a narobi hałasu. Może kto jechać drogą akuratnie, nikt o nas wiedzieć nie powinien.
Skomlenie psa pojękiwało żałośnie.Czas wlókł się nieskończenie wolno, dokoła głusz prawie martwa. W takiej chwili świat zdaje się nie istnieć, tylko myśli ludzkie błądzą, wsiąkają w tę ciszę i giną w niej doszczętnie.
Wtem — zdało się ludziom, że słyszą jakieś tony nikłe a słodkie, idące jakby z nieba, raczej — echo tonów, niby ich odbicie. Cicha melodja, poważna, żałobna, a przedziwnie miła rozpyliła się słabiutko wśród nocnych mroków, wiązała w jeden akord i, wnikając w uszy ludzkie, jak lekki poszum anielskich skrzydeł, wywołała dreszcze niepokoju, lęku, jakiejś pobożnej trwogi.
Naród zdrętwiał, wszyscy siedzieli w skupieniu, bojąc się ruszyć, bojąc się odetchnąć. Nie mówili do siebie nic, jeno zaszemrały dokoła kościoła szepty, ale szepty modlitewne, które wymawiały usta drżące, a które płynęły ze wzburzonych piersi, pełnych łez i rzewnego wzruszenia.
Gdzieniegdzie zaszlochał cichy płacz Kobiecy, lub głębokie westchnienie wydała pierś męska.
A słodka nuta nieszporna śpiewała cicho, lecz wyraźnie, nadlatując z otchłani powietrznych, czy z pod kościelnej wieży?..
Niektórzy z ludu popadali twarzą na ziemię, modlili się, płacząc, inni roztworzyli dłonie i tak trwali,