Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/136

Ta strona została przepisana.

łatwo w nim Orlewicza. Ale pan Mel po skończeniu miał nieco dziwną minę. Spytany przez Elżę o krytykę książki, odrzekł tajemniczo:
— Czasem — dobrze być tyranem.
Nikt go wówczas nie zrozumiał, tylko jej krew napłynęła do głowy.
— Czy źle powiedział?... Och, niechby był nawet... tyranem... Jezu! co się ze mną dzieje?
Zlękła się. Wtem ujrzała ciemny punkt, sunący żywo ku niej od bramy Warowni.
— Tomek jedzie.
Wesoło, ochoczo szarżował młody Burba w stroną narzeczonej na swym karoszu. Wychylony ponad głowę wierzchowca, powiewał ku niej czapką z rozradowaniem widocznem. Ataman niósł go tęgim kłusem przez skoszoną już murawę, jakby po zielonych aksamitach. Tomek dopadł blisko, zeskoczył i porwał ręce kobiety.
— Cóż moja pani tak się chowa?... Masz tobie!... książka. Zaczynam być o nią zazdrosny.
— Dlaczego?...
— Ciągle z nią się kryjesz, a ja...
— Ach... dlatego tylko?...
Cień zawodu był w jej głosie.
— No... tylko, bo powinienem ci nogi całować za... Orlewicza. Przecie to ja... Elżuś ty moja najdroższa... słodka.
— O jej, jakiś ty dumny, przeidealizowałam cię, aż zanadto.
— To dowód miłości.
— Albo tylko... egzaltacji?
— Egzaltacja?... także miłość.
Zajrzał jej w oczy z figlarną przekorą.
— Analiza, mój drogi, posiada dwa końce, jeden koniec tępy, drugi ostrzejszy, siła ciężkości analizującego pociąga go zawsze tam, gdzie mu narazie wygodniej, gdzie go pcha... pragnienie... uczucie.
— Moje wszystkie uczucia i pragnienia są w tobie i chcę przywiązać ciebie, przykuć tam, bym ja i moje życie w Warowni stało się twoim upragnieniem, twoim jedynym najdroższym celem.
Długo chodzili po lesie, Tomasz marzył, snuł rozległe projekty na przyszłość, okraszone ich wspólną wielką miłością. Zapalał się, unosił. Elża milczała. Im większą miłość czuła w słowach Tomka, tem silniejszy zrywał się w niej niepokój. Zwalczała go w sobie przemocą, tłumacząc ten objaw trwogą przed małżeństwem, po smutnem doświadczeniu w pożyciu z Gorskim. Bała się tych uświęconych więzów, które w najpiękniejszem oświetleniu pozostają zawsze więzami. Coś było przytem w wizjach ich wspólnej przyszłości, stwarzanych przez Tomka, co dziwnie zacieśniało horyzonty jej marzeń, tak jakby ktoś rozciągał przed nią zwartą sieć drutów, jakby mur jakiś ciemny zamykał się dokoła; mur okrąży ją ciaśniej,