Strona:Henryk Bereza - Sztuka czytania.djvu/293

Ta strona została przepisana.

sam sposób: dla zwyczaju i dla rutyny, z codziennego nawyku. Zamienić przygodę wyobraźni w codzienne przyzwyczajenie, to byłoby to najgorsze, co mogłoby się zdarzyć. Na szczęście Zieliński nie powtarza z nami wyprawy „w dalekie groteskowe strony“ na „Statku zezowatych“. Tym razem zapewnił nam towarzystwo przedrzeźniaczy.
„Dalekie groteskowe strony“ się nie zmieniły, ale zabawa jest całkiem inna. Patrzeć zezem, a przedrzeźniać to co najmniej tyle samo, co uprawiać odrębny rodzaj gimnastyki. Należy wyjaśnić, że chodzi o przedrzeźnianie naszego języka powszedniego. Zieliński zdradzał w tym kierunku inklinacje od samego początku (kto nie wierzy, niech przerzuci wybór opowiadań Zielińskiego dla „Biblioteki Powszechnej“), ale nigdy dotąd żywioł parodii słowa mówionego nie był u Zielińskiego pierwszoplanowy. W ogóle słowo (a więc język, a więc ciało i krew literatury) nie było dla niego czymś najistotniejszym. Wyobrażam sobie, że „dalekie groteskowe strony“ Zielińskiego mógłby wyrysować Henryk Tomaszewski (aż dziw, jak ci dwaj artyści są do siebie podobni). Słowo było dla autora „Statku zezowatych“ jedynie środkiem przekazu płodów wyobraźni, które i w inny sposób byłyby przekazywalne.
Tak sprawa nie wygląda w zbiorku opowiadań „Kosmate nogi“. Tu słowo jest nie tylko środkiem przekazu artystycznego. Stało się ono także głównym terenem działania dla wyobraźni twórczej Zielińskiego. Tu słowo staje się — w sensie dosłownym — ciałem, czyli materialnością rzeczy, postaci i faktów. Żeby być ścisłym, trzeba powiedzieć, że Zieliński słowom przenośnym mowy potocznej nadaje sens dosłowny. Wynika z tego wspaniała zabawa.
Wszyscy używamy w języku potocznym słowa