Strona:Henryk Nagiel - Sęp.djvu/363

Ta strona została uwierzytelniona.

zrzucił płócienny pokrowiec — przyszedłem pana prosić o jedną przysługę...
— Przysługę?
Trudno sobie wyobrazić zabawne wykrzywienie rysów starego żyda pod jego złotem haftowaną czapeczką.
— Przysługę?... Pan Onufry... przysługę?... Pan sobie potrzebujesz nie żartować ze swojego pokornego sługi Salomona!
Widocznie wyraz „przysługa” w słowniku „pana Salomona“ miał stanowczo zdeterminowane znaczenie; określał on pożyczkę na mniejszy lub większy procent.
Onufry się uśmiechnął.
— Nie taką, jak pan myślisz...
— A... to też ja sobie właśnie tak zdziwiłem... Chociaż niech pan nie myśli, żebym ja był taki i nie zrobił „tamtej“ przysługi, jakby było potrzeba... Salomon wie, co komu winien!...
— Bądź pan spokojny, nigdy nie będzie trzeba.
Stary żyd pogładził się ręką po brodzie.
— Chwała Bogu... No, co pan rozkaże?... Salomon jest na pańskich rozkazów.
Pan Onufry zamyślił się; po chwili dopiero rzekł:
— Krótko mówiąc, potrzebuję wiedzieć coś o jednym z pańskich klijentów...
— Moich klijentów?...
— Tak — i dla tego przyszedłem do pana, żebyś mi pan dał o nim jak najobszerniejsze informacje... Rozumiesz pan?
Rozumiem.