Strona:Henryk Nagiel - Tajemnice Nalewek.djvu/366

Ta strona została uwierzytelniona.

„Czerwonego Janka“ nie pisnął. I tak pouczająca zapewne historja podróży „Janka“ po obczyźnie przepadła dla potomności!
Podróże te jednak zmieniły nieco charakter bandyty, utemperowały go. Pomimo krwiożerczości, która mu ciągle z oczu wyzierała, nie bawił się teraz tak ciągle nożem, jak dawniej. Nie dlatego, żeby to było dlań nieprzyjemne — bynajmniej, ale przez rozwagę. Jeżeli kiedy wspominano przy nim o rozlewie krwi, przechodził go jakiś dziwny dreszcz; mówił wtedy:
— To niezdrowo!
Przytem mimowoli podnosił rękę do szyi.
„Czerwony Janek“ zajmował się teraz przeważnie kradzieżami i to niemal wyłącznie zwykłemi, bez włamania i innych okoliczności obciążających. Wogóle stał się z niego wielki jurysta; wiedział, zaco jaka grozi kara, i starał się tak urządzać, ażeby za dany czyn przypadał najmniejszy jej stopień.
— Majster! — mówili o nim nawet „andrusy“, kiwając głowami.
Ostatecznie, pomimo ostrożności, „Czerwony Janek“ musiał „wpaść“. Sądzono go i skazano za kilka różnych sprawek na półtora roku więzienia i „pobyt“. O dawnej sprawie, z powodu której bandyta umknął, nie było zresztą teraz mowy. Rzecz ta przygłuchła i poszła w niepamięć.
Skoro tylko wypuszczono bandytę na wolność, a właściwie zainstalowano w miejscu „pobytu“,