Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/157

Ta strona została przepisana.

szłego wieczora i że, powiedziała, oczekuje lada chwila przybycia narzeczonego. Anna nie okazała wcale zdumienia, jakiego oczekiwała Hansina. Objęła ją w ramiona, wydając okrzyki zachwytu i wyznała z dumą, że przewidziała wszystko od dawna. Zresztą, zapewniła, rzeczy tego rodzaju staną się w przyszłości chlebem codziennym, bo wszędzie głoszą teraz równość i konieczność obcowania z ludem. Zaręczyła solennie Hansinie, że niema powodu do utrapienia.
Ale nie tak łatwo dała się uspokoić. W dalszym ciągu była roztargniona i drżała za każdym odgłosem z zewnątrz, bowiem nadchodził czas przybycia kapelana.
— Zdawałoby się, — zawołała ze śmiechem Anna, — że ten kapelan wytrząsł z ciebie całą otuchę. Nie poznaję w tobie tej dawnej Hansiny, która nie drgnęłaby nawet, gdyby ją kłuto igłami od cerowania.
— Łatwo ci mówić! — odparła Hansina, wstając. — Pewnie iść teraz muszę do izby... Wiesz co, najlepiej będzie, gdy ze mną pójdziesz! — dodała płochliwie, znalazłszy się przy drzwiach.
Godzinę spędziły przyjaciółki w świetlicy, gdzie Hansina zajęła się szyciem, by przezwyciężyć niepokój, a Anna, siedząc w honorowym fotelu przy piecu, snuła, objąwszy ramionami wysoko wzniesione kolano, fantastyczne obrazy przyszłości przyjaciółki.
— Powinnabym cię teraz tytułować panną. Panna Hansina Anders! To brzmi wcale elegancko!
— Dajże spokój, proszę cię!
— Dobrze ci gadać, skoro zostaniesz panią pastorową. Ale co czeka taką jak ja biedaczkę?