Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/284

Ta strona została przepisana.

— Cóż jednak powiedział ojciec?
— Mówiłem ci już, że nie tyle słowa jego, co widok oddziałały. Ujrzano starca ślepego, żywy dokument z czasów ucisku. Zdawało się wszystkim, że słyszą głos z poza grobu, gdy, podniósłszy rękę, zapytał głosem drżącym, a doniosłym: — Czy chcecie pańszczyzny? Czy chcecie być bydłem na pańskiem pastwisku? — Nic nie rzekł więcej, ale starczyło tych słów, by zahuczało potężne: — Nie, nie chcemy! Szkoda, że wrogowie wolności nie byli, bo zadrżeliby na spiżowy dźwięk tej woli mas, przekonaliby się jak marnym jest ich opór. Wierzę w to całem sercem, bo czasy nieludzkiego okrucieństwa minęły bezpowrotnie... i niebawem zacznie się tysiąclecie sprawiedliwości, pokoju i szczęścia. Pokój ludziom dobrej woli. Takie to okrzyki brzmiały po całej sali, droga Hansino! Ach, jakiż jestem szczęśliwy! — zawołał, podchodząc i biorąc jej głowę w obie dłonie — Ach, jakże dziękuję Bogu, żem tego doczekał. W ostatniej chwili ręka Pańska wywiodła mnie z Sodomy, gdzie życie jest już jeno rozpaczną walką ze śmiercią i zgnilizną. Jakże rozkosznie oddychać tutaj, gdzie wszystko jest dziewicze, wiosenne, zaranne i podobne skowrończemu śpiewaniu! Pomyśl tylko, Hansino, że mnie, tobie i nam wszystkim dozwoloną jest współpraca twórcza przy budowie gmachu pokoju, prawdy i sprawiedliwości! Wspomniawszy, czem byłem dawniej, wydaję się sam sobie człowiekiem nowym, który zrzucił straszliwie ciasne i pokraczne szaty zjawy piekielnej, a za to szczęście, prócz Boga, tobie jestem winien podziękę, żono moja! Tak, tak! Czemuż to spuszczasz oczy i rumienisz się? Wszak mówię prawdę! Tyś jest ową królewną, bez której nigdybym nie zdobył połowy królestwa mego!