Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/298

Ta strona została przepisana.

kami. Dolna część twarzy i przód szyi, aż po wystającą grdykę, pokryte były czarnemi plamami szczeciny, nos miał barwę czerwoną, a włosy wyglądały, jakby czaszkę okrywała warstwa popiołu. Po drugiej stronie stołu siedziała Hansina z dziećmi, Abeloną, jakąś starowiną w zielonej umbrelce i kilku przybłędami z ulicy. Weszło już w zwyczaj u biedaków wioskowych, że przychodzili w porze jedzenia i czuli się jak w domu. Chłopiec leżał w łóżku. Zaraz po odejściu babki położył się i zasnął ze świnką w ręku.
Emanuel odmówił podniesionym głosem modlitwę przed jedzeniem, a wszyscy złożyli ręce i skłonili głowy.

W imię Twoje, o Jezu, siadamy do stołu,

Pobłogosław jedzenie i picie pospołu,
Niech się wszystko na chwałę Twą, Panie, obraca:

Pożywanie i picie, spoczynek i praca. Amen.

Zrazu jedzono w milczeniu i słychać było tylko tarcie rogowych łyżek po glinianych talerzach, oraz cmoktanie licznych ust. Prym w tem ostatniem wodził pastuch Soeren. Trzymał w lewej ręce kawałek świniny, maczał mięso ciągle w soli i ssał je pomiędzy jedną łyżką kapuśniaku, a drugą.
— Czy któryś z was słyszał może coś nowego z parlamentu? — spytał Emanuel, zaspokoiwszy pierwszy głód — Soeren, ty miewasz najczęściej informacje z zakresu polityki.
— Ano słyszy człek czasem to i owo! — odparł Soeren z paszczą pełną jadła i podniósł w górę brwi, chcąc sobie nadać interesującą, tajemniczą minę. Siostrzeniec jego był posłem, to też Soeren uchodził za wyrocznię w sprawach polityki — Zdaniem mojem, będziemy musieli niedługo wszyscy jechać do miasta! — zauważył po chwili.