Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/477

Ta strona została przepisana.

wiele sobie robiąc z bliźnich i ich sądu. Nie nabrała szacunku dla ludzi, patrząc na tych, pośród których żyła, i na całe widowisko oświatowo-religijne. Zajmując w domu siostry stanowisko podrzędne, niemal pełniąc rolę służącej, przemykała niepostrzeżenie za kulisy i widziała tam, z jaką rutyną produkowali się bohaterowie wiary i mówcy, a po skończonem przedstawieniu zdejmowali wspaniały rynsztunek, z poza którego wyglądała zręcznie zamaskowana pycha osobista i chciwość, podawana wiernym jako nieustraszoność i poświęcenie.
Nie była tak ślepą i oderwaną od życia jak udawała i za jaką ją też miano. Z natury niezdolna do bezczynności, pełniła wokół siebie obowiązki samarytańskie, nie powodowana sercem, ale pędzona jakimś instynktem, a było na jej drodze dość bezbronnych i biednych rozbitków w tych właśnie niespokojnych czasach.
Naraz przestała ruszać drutami i podniosła głowę nadsłuchując. Zdawało jej się, że skrzypnęła furtka ogrodu.
I tak też było. Spostrzegła na końcu ścieżki wysokiego chłopa, kroczącego ze spuszczoną głową. Szedł, skradając się, a zmarszczki jego szarej twarzy tworzyły tak szczególny wyraz uśmiechu, że zaraz poznała tkacza Hansena. Zjawienie się jego było jej bardzo na rękę.
— Jak się macie... jak się macie! — zawołała, kiwając szybko głową, ale nie podając ręki, gdy się zbliżył i pozdrowił — Przybyliście tedy tutaj... Hansie Jensenie... Cóż tu macie do roboty?
— Zawsze jest coś do roboty! — powiedział z wahaniem — A żem już był we wsi, pomyślałem, — iż dobrze będzie zjawić się u pani, panno Katinko.