Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/500

Ta strona została przepisana.



CZĘŚĆ TRZECIA.

Pani Betty przechadzała się niespokojnie po ścieżce ogrodu, ubrana mimo zbliżającego się już południa w szlafroczek, mając pęk kluczy u paska i koronkowe nakrycie na głowie. Co chwila wychylała się poza furtkę, spozierając na wszystkie strony, kilka razy wychodziła nawet z ogrodu i patrzyła z troską w oczach ku dalekim wzgórzom poza wsią, z niewielkiej wyniosłości, leżącej opodal domu.
Wracając zobaczyła dziewczynki, ukryte w kącie poza stodołą. Sigrid pracowała tam całe przedobiedzie, piorąc i rozwieszając na sznurkach bieliznę lalki. Także i mała Dagny miała co niemiara roboty, jednak nie pracowała z ochotą. Co chwila mała tłuściocha wkładała palce w usta i pomrukiwała, gdy siostra nagliła ją do pracy, tajemniczym szeptem wykładała jej swe plany, albo też, potrząsając nią i dając jej kuksy, wpajała dosadnie, że nie śmie ciotce, ani nikomu innemu zdradzić, co się tutaj dzieje.
Zobaczywszy ciotkę, Dagny niejasne miała jeno poczucie winy, natomiast Sigrid zaczerwieniła się jak burak aż po czoło.
— Bawimy się tak ładnie! zawołała radosnym tonem, jakim dzieci zawsze pokrywają wyrzut sumienia.