Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/504

Ta strona została przepisana.

lanach jej. Opowiadała nam wówczas bajki o rycerzach i królewiczach, którzy udawali się w świat daleki dla szerzenia nauki chrystusowej pośród pogańskich ludów.
— Byłam wówczas taka mała, Emanuelu. Ledwo pamiętam te czasy, kiedy matka była jeszcze zdrowa.
— A, prawda... prawda! Ja miałem kilka lat więcej. Przypominam sobie, że w czasach tych zaczynałem rozczytywać się w baśniach i kronikach. Chciałem zostać żołnierzem i wojownikiem i pojąć nie mogłem, czemu matka chce, bym został plebanem. Gdym ją spytał o to pewnego wieczoru, pogładziła mnie po głowie i powiedziała: — Zdaje mi się, że to Bóg dla ciebie przeznaczył, chłopcze! — Słowa te wywarły na mnie takie wrażenie, że dnia tego po raz pierwszy zacząłem z własnego popędu czytać Biblję.
— O tak... wiem... matka miała wielki na ciebie wpływ.
— Innym znów razem przyszedł do matki przyjaciel jej, pastor Hagensen, i rozmawiali o tem, jak należy kierować wyborem zawodu dzieci, czy o czemś podobnem... nie pamiętam już. Wkońcu wskazała matka na mnie i spytała: — Jaki zawód, zdaniem pańskiem, obierze syn mój? — Musiałem się zbliżyć, pastor wziął mnie pod brodę, przyglądał mi się przez chwilę, potem zaś (pamiętam jak dziś) położył mi dłoń na głowie i rzekł: — Zostaniesz mężem Kościoła! Jestem przekonany, że tak będzie! — A miałem wówczas trzynaście lat.
— Skąd ci właśnie dziś to przychodzi na myśl, Emanuelu? — spytała.
— Co powiadasz? — rzekł zdziwiony, podnosząc głowę i patrząc na nią. Zapomniał zupełnie