Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/514

Ta strona została przepisana.

Stanął i wpatrzył się w nią płomiennem spojrzeniem, przelśnionem świętym zapałem.
— Proszę powiedzieć, czy miała pani wówczas to samo wrażenie?
— Nie rozumiem pana wcale! — powiedziała, ogarnięta coraz to większym niepokojem, i przyspieszyła kroku.
— O, rozumie mnie pani dobrze! Teraz powiem wszystko otwarcie, panno Ranghildo! Teraz, jak sądzę, nadeszła chwila zapłaty. Zostałaś pani sama, bo towarzysz odjechał i teraz pragnę, byś mnie pani przez chwilę posłuchała. Czemuż się pani tak niecierpliwi? Wiem dobrze, że się pani nie podobam. Ale to nic, radbym uzyskać jeno dostęp do duszy pani. I to się stanie. Może nie dziś, nie jutro, ale napewno wówczas, kiedy wybije moja godzina!
— Niema celu mówić o tych sprawach, panie Hansted. Mamy tak rozbieżne zapatrywania, jak pan wie...
— Jest cel! Jest napewno, a ja umiem być cierpliwym!
— Proszę pana, przybyliśmy do furtki ogrodu, przeto, przepraszam bardzo... Musimy się rozstać... Do widzenia!
— Panno Tönnesen! Słowo jeszcze tylko!
— Cóż takiego? — spytała, obrzucając go napoły gniewnem, napoły trwożnem spojrzeniem.
— Czy pani gniewa się na mnie?
— Ale, skądżeby też?
— Czemuż tedy nie poda mi pani ręki na pożegnanie? Proszę, uczyń to pani! Bardzo proszę!
Ranghilda zbladła. Toczyła z sobą straszną walkę. Od wyciągniętej pokornie dłoni Emanuela biła moc, której się oprzeć nie była w stanie.