Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/518

Ta strona została przepisana.



CZĘŚĆ CZWARTA.

Nadszedł wreszcie dzień wyczekiwany z takiem napięciem i niepokojem. We wszystkich pismach ludowych widniał w ciągu ostatniego miesiąca napis wielkiemi literami: Zebranie na uniwersytecie w Sandinge. Także poza kręgiem członków związku oświatowego wyczekiwano rezultatu obrad z zaciekawieniem, gdyż był on widomym znakiem prądu czasu i świadczyć musiał dowodnie o kierunku ludowego ruchu bieżącej chwili.
Już w przeddzień otwarcia zjeżdżać się zaczęli goście. Po każdym pociągu gościniec od stacji idący zalegały tumany kurzu, wznoszonego kołami nieskończonego korowodu przystrojonych flagami pojazdów. Zgłosiło się przeszło 500 pozamiejscowych uczestników, to też nie było mowy, by się wszyscy mogli pomieścić w uczelni, zwłaszcza na noc, gdyż obrady trwać miały dwa dni. Większa część rozlokowała się po domach sympatyzujących z ruchem wieśniaków, a i tak musiano użyć za sypialnie stodoły, szopy, a nawet strychy, gdzie umieszczono młodzież.
Wieczorem, gdy purpurowe słońce zapadało pod szafirowy nieboskłon, wyglądał plac przed szkołą na wielki, naprędce rozłożony obóz, pełen rozgwaru,