Strona:Henryk Pontoppidan - Ziemia obiecana.djvu/519

Ta strona została przepisana.

zamieszania, pustych, lub ładownych wozów, wiązek słomy, siana i ludzi błądzących tu i owdzie, w celu zasięgnięcia informacji, znalezienia schrony, wystarania się o jadło i napitek i ulokowania swych tłumoków z pościelą.
Były tu najróżniejsze postaci i rozbrzmiewały wszystkie dialekty. Wielcy, ociężali Jutlandczycy z zachodu o wodojasnych oczach i mowie, której nikt nie rozumiał, mieszali się z żywymi, ruchliwymi mieszkańcami Fun, mówiąc, śmiejąc się i hałasując. Widać było stare kobiety z okolic Ribe, z węzełkami na plecach i połyskliwych czepcach na głowie, i małe kobietki z Farö, podobne beczkom, skutkiem grubych, sztywnych, odstających spódnic. Przeważali Zelandczycy różnych odcieni i wieku, dalej tłoczyli się Jutlandczycy z okolic Kallundborgi, Kölerczycy i dziarscy Stewenczycy, śmiejący się rozgłośnie. Byli tu starzy i młodzieńcy, chorzy, których znosić musiano z wozów, i kaleki kusztykające na kulach.
Mimo jednak rozmaitości łatwo było spostrzec wspólny rys ogólny. Poprzez ruch i gadaninę wyczuwało się wspólną wszystkim powagę i wysokie napięcie oczekiwania. Przypominało to sceny pielgrzymek świętojańskich do świętych źródeł, w zamierzchłych czasach, celem zdobycia cudotwórczej wody. Na wielu rozgorączkowanych twarzach widniał odblask chorej duszy, wijącej się w mękach wątpliwości chwili bieżącej i szukającej pożądliwie lekarstwa prawdy.
Na kamiennej tamie siedział mężczyzna i kobieta, oboje średnich lat i trzymali się za ręce. Poważny wyraz ich twarzy i cicha, skupiona postawa opowiadały całą historję.