Strona:Henryk Sienkiewicz-Listy z Afryki.djvu/255

Ta strona została uwierzytelniona.

do misyi, sam zaś, biedaczysko, nie ma najmniejszej wątpliwości, że pójdzie do piekła. Czasem też w swojej dzikiej, naiwnej głowie szuka na to rady i pragnie wykręcić się sianem. Przychodzi wówczas do misyonarza i mówi mu:
M’buanam Kuba! Ja nie mogę się ochrzcić, bo cóż! — nie mogę przecie wypędzić żon, które kupiłem i które sadzą kassawę na mojem polu; ale ponieważ nie chcę także pójść do piekła, więc zrób tak: jak będę umierał, to ci dam znać, a ty przyjdź prędko i ochrzcij mnie...
Tu uśmiecha się bardzo chytrze, rad, że swoim czarnym rozumem wymyślił taką podrywkę na Pana Boga. Co do księży w Bagamoyo i innych misyj, zauważyłem, że ci nietylko chrzczą i uczą murzynów, ale ich także kochają.
Wielożeństwo stanowi istotną zaporę dla chrześciaństwa, skutkiem czego misyonarze poświęcają się głównie wychowywaniu dzieci. W Bagamoyo jest ich obojej płci kilkaset. Niektóre, wykupione od handlarzy niewolnikami, pochodzą z krain bardzo odległych; wrócą one kiedyś w domowe pielesze i będą w głębi Czarnego lądu opowiadały naukę, jaką wyniosły z misyi.
Sam sprawdziłem, jak chętnie nawet mu-