Strona:Henryk Sienkiewicz - Wspomnienia sierżanta Legji Cudzoziemskiej.djvu/28

Ta strona została przepisana.

pywała ich granatami, wracali do siebie. Na tych ciągłych utarczkach schodziły tygodnie.
Dwa razy w nocy wyparli nas Prusacy z Danjoutin, ale za nadejściem dnia artylerja z fortów ich wyparła i na nowo zajęliśmy wieś.
W początkach stycznia kompanja moja została zluzowana i przeniesiona do wsi Perousse, tworząc tam także przednią straż. Dnia tego porucznik Zieliński, widząc mnie bardzo zziębniętego, zaprosił do prowizorycznej kantyny oficerskiej dla rozgrzania się.
Wszedłszy, zastaliśmy kilku oficerów, grzejących się przy ogromnym piecu żelaznym, na środku izby i popijających poncz na winie. Ogrzawszy się i wypiwszy po szklance, opuściliśmy kantynę. Uszliśmy zaledwie kilkadziesiąt kroków, aż tu przelatuje z szumem nad nami granat. Ledwie mieliśmy czas upaść na ziemię, następuje trzask i wybuch. Oglądamy się, a tu dym wali się z kantyny. W kilkunastu susach jesteśmy na miejscu. Granat przebił ścianę i roztrzaskał piec żelazny. Widok był straszny.
Czterech oficerów, w tem dwóch kapitanów, bez życia, literalnie rozszarpanych, trzech zaś lżej rannych, a dziewczynce 8-letniej, córeczce kantyniarki, która kręciła się po pokoju, urwało obydwie nóżki.