Strona:Hieronim Derdowski - Walek na jarmarku.djvu/53

Ta strona została przepisana.
— 51 —

Że aż się obaliła pobliska chałupa.
Naraz krzyknie: — To dla was, niezdarne istoty, Spadło ma mnie niewinnie tyle dziś sromoty! Tego wstydu tu jeszcze było mi potrzeba... Niech was śmiga cholera od ziemi do nieba! Który tu z was największy łotr i winowajca?! Schwycić mi tego hycla, niechaj wisi zdrajca!
Wtedy się poruszyła wszystka straż pożarna, Jeden pyta drugiego: — Gdzie ta dusza czarna? Któren z nas łotr największy? — Wszystko nadaremnie, Każdy myśli — Toć jeszcze więksi są odemnie. Wreszcie jeden drugiego chwyta za ożygle I wszczynają potyczkę wcale nie na figle. Ten bosakiem za szyję chwyta przeciwnika, A znów tamten mu w oczy z długiej szprycy sika. Ow swojemu wrogowi kubłem po łbie dzwoni, A on drugiem ogromnym mózgownicy broni.
W onej bitwie nie było znaków,