Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 3.djvu/150

Ta strona została przepisana.

— Chodź pan prędko, proszę pana, weszliśmy do obcego domu!
W tej chwili zapomniała znowu, że od powrotu z kościoła mówią sobie „ty”.
— Nie weszliśmy, Pepciu, przecież innej bramy nie byłbym otworzył swoim kluczem — odpowiedział szeptem Wejwara!
— Jesteśmy zatem na innem piętrze — ciągnęła uparcie Pepcia, zmuszając ciągle Wejwarę do powrotu, nim się drzwi otworzą.
— Nie jesteśmy Pepciu — stłumionym głosem, ale dobitnie odparł Wejwara — jesteśmy na drugiem, liczyłem schody...
— Omyliliśmy się co do drzwi w takim razie.
Wejwara podniósł rękę z zapałką. Dopalała się wprawdzie, ale wystarczyła jeszcze, by oświetlić białą, emaliowaną tabliczkę na drzwiach, na której ozdobnem pismem błyszczało: Franciszek Wejwara. Była to jedna z drobnych niespodzianek pana Kondelika, który tabliczkę sam obstalował i na drzwiach mieszkania przyszłego zięcia wczoraj, czy onegdaj przybił.
Wtem zapałka Wejwary dopalała się aż do końca palców. Rzucił resztę na ziemię, ogarnęły ich ciemności, ale równocześnie także zachrzęścił klucz w zamku, drzwi się otwarły i do sieni wpadło z przedpokoju światło płomienia gazowego, który jasno oświetlał postać... pani Kondelikowej.
— Już jesteście, dzieci? — witała ich uprzejmie cofając się. — No to chodźcie, chodźcie...
— Mamusia! — zawoła Pepcia.