Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 3.djvu/23

Ta strona została przepisana.


— Nie bój się, Betty — odparł szorstko małżonek.
— Ja się nie boję, staruszku, ale dwa koniaki mogły cię zdenerwować...
— O to się tembardziej nie bój, Betty — mówił mistrz z powagą. — Wódkę pije się przeciw ukąszeniom żmii, a gdy człowiek ma do czynienia z taką babą-jędzą, musi się na wszystko przygotować.
Pani Kondelikowa opuściła głowę. Teraz dopiero przyszło jej na myśl, że może byłoby lepiej, gdyby się do dyplomatycznych rokowań z panią Muknsznablową była wzięła sama.
Więc też gdy mistrz Kondelik, zupełnie już gotów, zaszedł jeszcze do komody po świeżą chustkę do nosa, śpieszyła za nim i prosiła go tłumionym głosem:
— Proszę cię, staruszku, gdyby tam u tej nieszczęśliwej kobiety wyszło co na jaw o Wejwarze, wiesz, gdyby! czego nie daj Boże! nie wysyp tego przed Pepcią, przeminie jakby nigdy nic, pomalutku ją na to przygotujemy, proszę cię, staruszku...
— Moja, Betty — odpowiedział mistrz surowo — szkoda, że nie pamiętałaś o tem wczoraj, bylibyśmy załatwili wszystko bez krzyku, bez hałasu, ale nie bój się, nie pójdę z bębnem na ptaki!
Pan Kondelik obrócił się jeszcze przed lustrem, poklepał się po wyłogach kamizelki, jakby ją chciał przybić do piersi, poprawił sobie poły surduta, pookręcał pierścienie kamieniem do frontu i pożegnawszy się krótko, udał się w drogę. Nawet nie czuł