Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 3.djvu/31

Ta strona została przepisana.


— Potrzebaby to pomalować, wszystko zniszczone.
— Tak, możnaby, i ja o tem myślę, ale kiedy nie mam żadnego znajomego...
— Do tego nie potrzeba znajomości, na to potrzeba malarza — wtrącił mistrz. — Ja maluję znajomym i nieznajomym.
Kondelik powrócił do większego pokoju, za nim pani.
— No, cóż, szanowna pani, te rzeczy mógłbym wziąć dla Wejwary z sobą, ażeby raz już skończyć.
Pani Muknsznablowa zapatrzyła się w mistrza, chwilę wahała się i rzekła:
— Ciężko się z tem Loti będzie rozstawać, ale oddam panu pamiątki, i niech zakwitnie zgoda pomiędzy nami.
Wysunęła szufladę starodawnej, wykładanej komody, zanurzyła ręce w kupę zwiniętych pończoch, ręczników, nocnych kaftanów, spódniczek i różnych resztek materyi, wyłowiła gdzieś z kąta zawiniątko starych gazet, przewiązane na krzyż wyblakłą czerwoną wstążką, przycisnęła je kościstemi palcami do piersi i podając to obiema rękami panu Kondelikowi, mówiła z odcieniem smutku w głosie:
— Jak drogą maść chowała to Loti, ale niech pan weźmie, szanowny panie, i niech pan powie swojemu przyszłemu zięciowi, że nigdy go nie zapomnimy. Był to bardzo dobry, solidny pan! Ale pan Pajtelszmid także jest dobry...
— Dziękuję pani zatem — rzekł mistrz zadowo-