Strona:Iliada.djvu/237

Ta strona została przepisana.


„Bracie, na zgubę twoię, wszedłem, w te umowy,[1]        153
Dla Greków nadstawiwszy Troianom twéy głowy,
Gdy cię ranili zdraycy, złamali przymierze.
Ale umowa w świętéy uczyniona wierze,
I wina poświęcenie, i prawic podanie,
I z ofiar krew rozlana, próżno nie zostanie.
Jeśli pan nieba teraz nie karze téy zdrady,
To w przyszłości da pomsty okropne przykłady:
Na ich głowy, na żony, na dzieci ią zleie.
Bo ia zawsze mam w sercu te pewne nadzieie,
Że przyydzie czas, gdy Pryam i lud iego zginie,
A Jlion się w smutnéy zagrzebie ruinie.
Siedząc na górnym tronie, Saturna syn możny,
Straszną Egidą wstrząśnie na naród bezbożny,
I obrażon téy zbrodni nie puści bezkarnie.
Lecz ieśli, Menelaiu, tubyś zginął marnie,
Z jakim wtedy mi bólem, i w jakiéy ohydzie,
Powracać się do Argów, od tych brzegów przydzie?
Już na tém polu woysko dłużéy nie dostoi,
A przy Pryamie chwała, Helena przy Troi!
W dalekiéy ziemi twoie ostatki gnić będą,
Nasze zaś wszystkie trudy na niczym osiędą.
Wtedy Troianin dumny, na twym skacząc grobie:
Niech, rzecze, Agamemnon zawsze w tym sposobie,
Daie nieprzyjaciołom czuć swéy zemſty skutki:
Ściągnął tu próżno woyska, i z gorzkiemi smutki,

  1. Mowa ta ieſt piękna, tylko podobno w téy okoliczności zanadto długa. Powinien iednak mieć wzgląd czytelnik, że Agamemnon cały zdradą Troian przeięty, prawie od siebie odchodzi: wyraża swoie czucie, iakie w nim wzbudzało nagłe pomieszanie, i dopiero, wybuchnąwszy z gniewem, nienawiścią i zapowiedzeniem zemſty, bierze się do ratunku brata.