Strona:Iliada.djvu/269

Ta strona została przepisana.


Przeciw Dyomedowi Pandar łuk natęża,        101
Strzałą rani na siebie lecącego męża:
Pancerz nią nad ramieniem zostaie przeszyty,
Doszła ciała, wypłynął krwi strumień obfity.
Natychmiast Pandar głosem radosnym zawoła:
„Troianie! wróćcie nazad, stawcie mężnie czoła;
Ranny naywalecznieyszy mąż między Achiwy,
I niedługo przeżyie postrzał z téy cięciwy,
Jeżeli sam bóg łuku z Licyi mię zwabił.„
Tak tryumfował Pandar, ale go nie zabił.
Cofa się za wóz Tydyd i wzywa Stenela,
Naywiernieyszego sobie w życiu przyiaciela.
„Chodź, kochany, Stenelu, day ratunek wczesny,
I wyrwiy mi czémprędzéy z barku grot bolesny.„
To rzekł, Stenel do niego szybkim przybiegł krokiem,
Grot wyrwał, a krew czarnym lunęła potokiem.
Wtenczas Tydyd ślub czyni w takowéy modlitwie:
„Wielka córo Jowisza, ieśliś kiedy w bitwie,
Mnie, albo oyca wsparła, twą prawicą silną,
Dziś usłysz prośbę moię, dziś mi bądź przychylną:
Day mi tego położyć na poboiowisku,
I staw go sama pod sztych moiego pocisku,
Który mię pierwszy ranił: teraz się nadyma,
Że słońce wiecznie zgasło przed memi oczyma.„
Łatwo do iego prośby skłania się Pallada,
Wraz piérwszą nogom szybkość, rękom dzielność nada,