Strona:Iliada.djvu/277

Ta strona została przepisana.


Łamie kość, rwie głaz żyły i skórę rozdziera:        309
On pada na kolana, ręką się podpiera,
A cień mu czarny zaraz w oczach się rozwinął.
Jużby był Eneasza zły wyrok nie minął,
Jużby się iego dusza była nie wybiegła:
Gdyby w niebezpieczeństwie syna nie postrzegła
Wenus, co go powiła oycu, gdy pasł woły.
Ta go pieszczoną dłonią uchwyciwszy w poły,
I śnieżnemi dokoła okrywszy zasłony,
Aby od kogo z Greków nie został raniony,
I duszy nie wyzionął; unosiła z pola.
Stenelowi pamiętna Dyomeda wola;
Więc, daleko od wrzawy Marsowéy, na stronie,
Swoie leycem do wozu przywięzuie konie,
A Eneasza z grzywą przepyszną rumaki,
Czémprędzéy między Greckie prowadzi orszaki.
Miłego Deipila tą pracą obciążył,
Ażeby z niemi z pola do okrętów dążył.
W nim sobie mężny Stenel naywięcéy podoba,
W jednym są wieku, iedne maią myśli oba.
To zrobiwszy leyc bierze, nawóz pyszny wsiada,
I wkrótce przyiaciela swoiego dopada.
Tydyd świetną od miedzi uzbroiony dzidą,
Widząc, że mdła bogini, ścigał za Cyprydą:
Bo nie z tych była, którym woyna powierzona.
Jaka iest można Pallas i sroga Bellona,