Strona:Iliada.djvu/285

Ta strona została przepisana.


Sam Eneasza w swoim krytego kościele,        517
Tchnąwszy mu ogień w piersi, postawia na czele;
Niezmiernie towarzysze iego się cieszyły,
Że im wrócił wódz pełen zdrowia, męztwa, siły:
Ale go nikt nie pyta: bitwa nie pozwala,
Którą Feb, Mars i krwawa Niezgoda zapala.
Achiwom niezwalczeni dowodzą mężowie,
Ulisses i Dyomed, i dway Aiaxowie;
Nic ich siły Troiańskie, nic nie trwożą krzyki,
Stoią na ich wstrzymanie mężne Greków szyki.
Jak się wydają chmury, gdy panuie cisza,
Na górach zawieszone prawicą Jowisza,
Kiedy Boreasz z wiatry innemi uśpiony,
Co mgły naygrubsze w różne wnet rozpędzi strony;
Tak stale Troian Greckie oczekuią roty.
Agamemnon obiega, dodaie ochoty:
„Walczcie śmiało, mężami chciéycie się pokazać,
A nadewszystko, hańbą lękaycie się zmazać,
Ludzi, cześć kochaiacych, więcéy się ochroni,
Dla tchórza i czci nie masz, i śmierć go dogoni.„
Nie słowy on ich tylko, lecz dziełami palił,
Wraz dzidą, Eneasza przyiaciela zwalił,
Legł Deikon, wsławiony rycerskiemi czyny,
I w Troi szacowany, iak Pryama syny.
Pchnął go Atryd, na czele walczącego śmiało:
Przeszło tarczę żelazo, i wnętrza dostało;