Strona:Iliada.djvu/319

Ta strona została przepisana.


I całemi zastępy męże nasze wali,        101
Od murów Jliońskich łaskawie oddali.
Naywiększy on iest rycerz pomiędzy Achiwy;
Nawet nam sam Achilles nie byl tak straszliwy,
Choć go bogini rodzi: tak moc w nim gwałtowna,
Że mu naywiększéy siły bohatyr nie zrówna.„
Rzekł: Hektor iego rady wykonać nie zwłóczył,
Zatém z wozu świetnego w pysznéy zbroi skoczył:
Dwoma kręcąc oszczepy, obiega swych roty,
Umarza strach, dodaie Marsowéy ochoty.
Wrócili się Troianie, i mężnie się starli.
Achiwi, choć się w boiu okrutnie zażarli,
Cofnęli nazad kroku: sądząc, że nie z siebie,
Lecz, że z bogów kto, w jasném panuiących niebie,
Dał im pomoc, tak śmiało postawili czoła.
Hektor, upominając, wielkim głosem woła:
„Zaklinam was Troianie, w sztuce Marsa biegłych,
Was przyiaciół wezwanych od krain odległych,
Walczcie, i nie daycie się Achiwom przemagać:
Gdy ia do miasta póydę, bogi każę błagać
Starcom i żonom naszym, modlitwą i ślubem.„
Rzekł, i odszedł, na głowie strasznym grożąc czubem:
Skóra czarna, około puklerza krążąca,
Idącemu i głowę i nogi potrąca.
Wtedy Glauk i Dyomed, oba śmiałéy myśli,
Chciwi spotkać się z sobą, na plac boiu wyśli.