Strona:Iliada.djvu/393

Ta strona została przepisana.


Ale noc nieprzyiazne rozpostarła cienie,        517
Jéy winni Grecy swoie i naw ocalenie.
Czarnéy ustąpmy Nocy: gotuymy wieczerze,
I koń wyprzężon z wozu niech posiłek bierze.
Sprowadźcie z miasta wszystko, co do uczty trzeba,
Woły, owce i wino i dostatkiem chleba:
Drzewa także przywieźcie, aby, niźli ranna
Wznidzie Jutrzenka, światłość biła nieustanna,
I błyszczące płomienie aż do nieba wzniosła.
Bo może Grecy, szybkie zgotowawszy wiosła.
Uciekać zechcą skrycie przez morskie odmęty.
Niech przynaymniéy nie wsiędą spokoynie w okręty.
Niech strzała ich dosięgnie, albo grot miedziany.
I aż w domach głębokie opatruią rany:
Niech klęska ich, narodom za naukę stoi,
Aby nigdy nieść woyny nie śmiały do Troi.
Woźni zaś w mieście, wielkim to powiedzą głosem.
By młodzież i poważne starce siwym włosem,
Wstąpiły na stawiane boską ręką wieże.
Płeć niechay ognie pali, i niech każdy strzeże,
Ażeby się zdradziecko Achiwy nie skradły.
I w miasto, pozbawione z obrońców, nie wpadły.
Tak uczyńcie, iak mówię, Troianie waleczni,
Obmyśliłem, żebyśmy dziś byli bezpieczni.
Jutro powiem rycerstwu, czego po niém żądam.
W bogów ufny pomocy, téy chwili wyglądam,