Strona:Iliada2.djvu/030

Ta strona została przepisana.


Jutro na okręt zemną wsiędzie, gdy stąd ruszę,        439
Lecz ieżeli sam zechce, bo go nie przymuszę.„
Skończył: a na te słowa oniemiały posły:
Zdziwiła ich odmowa i ton tak wyniosły.
Aż z płaczem Fenix, drżący nad okrętów losem,
Przerywanym iękami zaczął mówić głosem:[1]
„Jeżeli, Achillesie, ruszasz stąd okręty,
Nie chcesz floty ocalić, i w gniewie zawzięty,
Zamiast uśmierzenia się, iątrzysz w sercu ranę,
Jakże tu sam bez ciebie, móy synu, zostanę?
Mnie oyciec twóy powierzył młode lata twoie,
Kiedy cię za Atrydem wysyłał na boie;
Nie znałeś ieszcze, ani trudnéy Marsa sprawy,
Ani sztuki mówienia, z któréy tyle sławy:
Chciał więc twą niedoyrzałość przezemnie prowadzić,
Byś umiał dzielnie walczyć i rozsądnie radzić.
Synu! nic mię od ciebie oderwać nie zdoła,
Ni, choćby zetrzeć zmarszczki chciał bóg z mego czoła,
Wrócić kwitnącą młodość, iaki wtenczas byłem,
Gdy, dla niechęci oyca, Grecyą rzuciłem.
O niewiastę Amintor powziął gniew niezmierny,
Kochał ią, żonie swoiéy, matce méy, niewierny:
Ta prosiła, bym serce uprzedził kobiety,
Dla obrzydzenia starca: zrobiłem, niestety!
Jakie potém na głowę moię spadły nędze!
Poznał oyciec, przeklął mię, czarne wezwał Jędze,

  1. Mowa Fenixa ieſt długa: nie zabiera iednak czasu potrzebnego. Opowiada ſtarzec przeszłe rzeczy, przypomina początkowe związki między sobą i Achillesem, aby go ſkłonił do przyięcia swéy rady.