Strona:Iliada2.djvu/130

Ta strona została przepisana.

I nakazawszy wiatrom północy milczenie,        283
Skład wilgoci, niebieskie otworzy sklepienie;
Ciągle sypie się w gęstych kiściach szron obfity,
Bielą się nim doliny, i gór wielkich szczyty,
I pola uprawione, grube kryią śniegi,
I porty, i huczące Oceanu brzegi:
Same ie tylko morza odpieraią wały,
A całą postać ziemi płaszcz odziewa biały;
Tak tam z obu stron gęste kamieni ciskanie,
Grecy na Troian miecą, na Greków Troianie:
Wzdłuż muru bóy zawzięty, grzmi powietrze wrzaskiem,
I głos mężów z chrapliwym głazów miesza trzaskiem.
Jednak z Troiany, mimo naygorętszéy żądzy.
Nie złamałby bram Hektor i mocnych wrzeciądzy,
Gdyby w swym synu Jowisz męzkiéy nie wzmógł cnoty,
Aby, iak lew na woły, wpadł na Greckie roty.
Z dwiema dzidy Sarpedon drze się na mur gwałtem,
Na piersiach gładki, cudnym wyrobiony kształtem,
Z byczych skór, blachą kryty, trzyma puklerz tęgi,
Który złoto świetnemi obwodzi okręgi.
Z takim puklerzem idzie wódz Lików narodu.
Jak lew na górach karmion, niecierpliwy głodu,[1]
Długo w krwawéy paszczęce nie maiąc mięsiwa,
I na bronną owczarnią śmiało się porywa:
Choć tam straż czuwaiącą z każdéy widzi strony,
Choć gotowi, i męże, i psy do obrony;

  1. To porównanie bardzo ieſt podobne do owego, którego użył Izaiasz Prorok w Rozdz: XXXI. W. 4. gdzie sam Bóg do lwa się przyrównywa.