Strona:Iliada2.djvu/136

Ta strona została przepisana.


Póty na ścisłym gwichcie szalę trzyma z wełną,        439
Aż w obu wagach równość obaczy zupełną,
Aby kochano dzieci czém pożywić miała;
Tak tam z obu stron bitwa w równowadze stała:
Aż wreście Hektor chwilę żądaną obaczył,
W któréy mu Jowisz chwałę naywiększą przeznaczył.
On piérwszy na mur leci, i na swoich woła:
„Nic się, mężni Troianie, oprzeć wam nie zdoła;
Złamcie ten mur, i nieście ogień na okręty.„
Usłyszeli, więc każdy tym głosem przeięty,
Spieszy, zuchwałe roty hurmem na mur idą,
I wstępuią na wieże z wymierzoną dzidą:
Ostry i wielki kamień, co przed murem leżał,
Silną chwyciwszy ręką, do bram Hektor bieżał.
Dzisiay, nim kamień taki, choć z naywiększa mocą,
Dwa męże na wóz włożą, dobrze się zapocą.
Hektor go łatwo dźwignął, bo pan błyskawicy
Lekkim go w bohatyra uczynił prawicy.
Jak owczarz z runem w ręku, prawie nie rozróżnia,
Czy niesie co, bo w biegu nic go nie opóźnia;
Tak lekko Hektor leci do bram z wielkim głazem.
Z grubych tarcic zrobione, okute żelazem,
Z mocnym zamkiem podwóyne drzwi bramy te zwarły,
A na krzyż ie dwie szyny żelazne podparły.
Staie, iednę w tył nogę, drugą wprzód rozszerza,
I wygiąwszy się, kamień ogromny wymierza.