Strona:Iliada2.djvu/159

Ta strona została przepisana.


Silnym go Jdomeney dzirytem dogonił,        361
Ani go z twardéy miedzi puklerz nie zasłonił:
Upada, zbroia dźwiękiem żałobnym szeleszcze,
Zwycięzca zaś tak z niego natrząsa się ieszcze:
„Otryoneiu! piérwszym tyś iest mężem u mnie,
Jeśli tego dokażesz, coś przyrzekał dumnie,
I za coś miał Pryama córkę mieć w nagrodę.
My też podobną z tobą uczynim ugodę:
Piérwszą z córek Atryda za żonę ci damy,
Gdy nam pomożesz złamać Jlionu bramy.
Lecz pódź ze mną do floty, tam układ nastąpi,
Bo my także iesteśmy oycowie nie skąpi.„
To rzekłszy, ciągnie trupa: w tém Azy wyskoczył,
Chcąc się pomścić, szedł pieszo, za nim wóz się toczył,
A powoźnik przy panu wiódł konie tak zbliska,
Ze ich piana gorąca na ramie mu pryska.
Mierzył, chciwy, by oręż we krwi króla skropił,
On mu tymczasem dzidę w gardzieli utopił.
Srogim zwalony ciosem padł na ziemię Azy.
Jak głębokie siekiery odebrawszy razy,
Wali się dąb, lub sosna na górze wyrosła,
Lub topola, co pyszny wierzch do nieba wzniosła;
Tak padł Azy na ziemię, zębem ostro zgrzyta,
I własną krwią zbroczony piasek ręką chwyta.
Giermkowi zaś przytomność odjął widok taki,
Nie śmie od nieprzyiaciół wtył zwrócić rumaki: