Strona:Iliada2.djvu/163

Ta strona została przepisana.


Ten się takim, iak dziecko, nie przeląkł widokiem,        465
Wygląda Eneasza niezmieszaném okiem.
Jak odyniec, zaufan w sile, nie ucieka;
I śmiało na myśliwców idących tłum czeka,
Naieża grzbiet, kły ostrzy, ogniem błyska żywym,
Gotów dać tęgi odpór i psom i myśliwym;
Tak Jdomeney stoi, w ręku silna pika,
I oczekuie przyyścia swego przeciwnika.
Lecz wzywa swych: Afarey i Askalaf żwawy,
Deipir i Antyloch, pełen Marsa sławy,
I Meryon, przed których bronią drżą Troianie,
Takie Jdomeneia słyszeli wołanie:
„Przybądźcie przyiaciele! cios mi grozi srogi,
Oto na mnie Eneasz idzie prędkonogi,
Ma siłę: gdzie on w boiu, tam pełno rozpaczy,
A iest w kwiecie młodości, co naywięcéy znaczy.
Przy tém sercu, gdybyśmy równi w leciech byli,
Wraz ia iego, lub on umie do ziemi nachyli.„
Jakby duch ieden wszystkie ożywiał rycerze,
Spieszą się, i zniżaią z ramienia puklerze.
Eneasz też pomocy równie szuka sobie,
W Agenorze, w Parysie, w mężnym Deifobie,
Którzy, iak on, Troiańskie przywodzili szyki;
Za niemi wielkim dążą tłumem woiowniki.
Jako pasterz, gdy liczne idą owiec trzody,
Którym baran z pastwiska przodkuie do wody,