Strona:Iliada2.djvu/203

Ta strona została przepisana.


Aiax nie tracił czasu, i w oddaniu skory,        413
Jeden z głazów, służących nawom za podpory,
A mnóztwo ich tam było przy stopach rycerzy,
Silną pochwyca ręką, i w Hektora mierzy:
Trafił kamień pod szyię, od tarczy odskoczył,
I niemały czas ieszcze po piasku się toczył.
Jak ognistym Jowisza uderzony grotem,
Z ogromnym dąb na ziemię wali się łoskotem,
Pełne powietrze siarki przykrego zapachu,
A bliski widz srogiego Jowisza zamachu,
Ogłuszony zostaie od ognia i trzasku;
Tak nagle wielki Hektor upada na piasku:
Przy nim padł szyszak: puklerz, dzidę, puścił z reki,
A zbroi przeraźliwe uderzyły dźwięki.
Zostać panami łupu tak wielkiego chciwi,
Zewsząd na niego z krzykiem natarli Achiwi:
Lecz gdy w niebezpieczeństwie Hektora postrzegli,
Polidam, Glauk, Eneasz, Sarpedon, przybiegli,
I Agenor, ci roty wstrzymuią grożące,
A za niemi się Troian cisnęły tysiące.
W ich puklerzach bezpieczna dla niego zasłona.
Tymczasem go ziomkowie wzięli na ramiona,
I w tył woyska unieśli, gdzie wóz iego stoi:
Prowadzą ięczącego rycerza ku Troi.
A skoro tam przybyli, gdzie Xantu kryształy
Krętemi nurty żyzne pola przerzynały,