Strona:Iliada2.djvu/206

Ta strona została przepisana.


Leci na Akamasa, ale ten się chroni:        491
Zgubny raz Jlioney dostał z jego dłoni.
Oyciec Forbas naywiększe dostatki posiadał,
Merkury go pokochał, bogactwami nadał,
A tego tylko żona powiła mu syna.
Zgasła twa, biedny starcze, pociecha iedyna!
Trafił w oko, zrzenicę ruszył grot stalony,
Przeszedł na wylot głowę: rycerz krwią, zbroczony,
Wyciąga obie ręce, i na ziemi siada:
Wtedy z mieczem dobytym Peneley przypada,
Tnie w szyię, głowa z włócznią, którą jest przebita,
I z przyłbicą upada: zwycięzca ią chwyta,
A podniósłszy utkwioną na żelezcu głowę,
Wielkim głosem do Troian tak obraca mowę.
„Niechay Jlioneia i oyciec i matka,
Lubego syna płaczą aż do dni ostatka:
Lecz i żonie Promacha ten dzień smutny będzie,
Gdy z powróconéy floty mąż iéy nie wysiędzie.„
Rzekł, a wszystkich Troianów strach ogarnął blady,
Myślą, iakby ostatniéy uniknąć zagłady.
Mówcie, Muzy! kto piérwszy ziemię zasłał trupem,
Kto piérwszy z Greków krwawym ozdobił się łupem,
Gdy bóg morza w Troiańskich szykach przytarł męztwo,
I na stronę Achiwów nachylił zwycięztwo?
Aiaxowi tę chwałę przyznać można śmiele:
On naypiérwszy Hirtego, wodza Mizów, ściele.