Strona:Iliada2.djvu/227

Ta strona została przepisana.


Idą Troianie, Hektor wielkim stąpa krokiem,        309
Apollo go poprzedza, odziany obłokiem:
W rękach iego Egida nieśmiertelna błyska,
Franzle ią srożą, groźny blask daleko ciska.
Na postrach ludzi, Wulkan dał ią panu nieba:
Taka Egida rękę uzbraiała Feba.
Scisnąwszy swe zastępy, czekaią Achiwy,
Z obu stron krzyk powietrze napełnia straszliwy:
Z mocnych rąk dzidy, z brzmiących cięciw lecą strzały,
Jedne się w łono mężów ślachetnych dostały,
Drugie nie dóydą ciała, i w ziemię się wbiią,
Ani się krwi tak chciwie żądanéy napiią.
Póki Feb trzymał w rękach tarczę niewzruszoną,
Ginął lud, bóy za żadną nie zważył się stroną:
Lecz wkrótce przeciw Grekom zwrócona Egida,
Wraz nią wstrząśnie i z piersi głos ogromny wyda:
Słabieią w męztwie, boiażń w umysłach zaięta.
Jak gdy w nocy napadną dwa srogie zwierzęta,
W nieprzytomności stróża, na woły, lub owce,
Drżąca trzoda się w różne rozbiegnie manowce;
Tak uciekaią Grecy, Feb ich mdłemi zrobił,
A Troian i Hektora chwałą przyozdobił.
Zadaią rozproszonym Grekom zgubne sztychy:
Z ręki Hektora padli, Arcesylay, Stychy:
Ten do boiu przywodził Beotom pancernym,
Tamten był Menesteia towarzyszem wiernym.