Strona:Iliada2.djvu/281

Ta strona została przepisana.


Szerokiém ciałem ziemię szeroko zaległy.        777
Zapomniał ieździec sztuki, w któréy był tak biegły.
Póki słońce na górne wstępowało sklepy,
Z równa stratą ciskane obu stron oszczepy:
Lecz gdy się iuż, zaczęło chylić do zachodu,
Przemogło wyrok męztwo Greckiego narodu,
Mieli korzyść, bo z mieysca Troianów odparli,
Unieśli Cebryona, i zbroię odarli.
Wtedy się w swym zapale Patrokl nie posiada,
I podobny do Marsa, na zastępy wpada:
Trzykroć na Troian z krzykiem straszliwym naciera,
Trzykroć trupem dziewięciu mężów rospościera.
Już czwartym grozi razem strwożoney gromadzie.
Stóy Patroklu! tu wyrok dniom twoim kres kładzie.
Feb mu w przerażaiacéy postaci zaskoczł,
Nie mógł go Patrokl widzieć, bo się mgłą otoczył,
On boską dłoń spuściwszy, w ramie go uderza,
Rozciągaią się cienie przed okiem rycerza,
Spada mu szyszak z jękiem pod końskie kopyta,
Wala się we krwi, w piasku, owa groźna kita,
Któréy Mars żadnéy plamy na placu nie zrobił,
Dopóki nią Achilles, piękne czoło zdobił.
Dziś Jowisz ią na głowie Hektora rozwinie,
Smutny dla niego zaszczyt, bo niedługo zginie.
Ostry i silny oszczep w rękach mu się łamie,
Zlata puklerz niezłomny, i odsłania ramie.