Strona:Iliada2.djvu/299

Ta strona została przepisana.


Kto na miłego bogom rzuca się człowieka,        101
Niechybne go nieszczęście za ich wzgardę czeka.
Gdy zeydę Hektorowi, któż mię stąd obwini?
Nic bez nieba on woli tak odważnie czyni.
Gdybym gdzie mógł Aiaxa obaczyć w téy chwili,
Aniby nas bogowie od boiu zwrócili:
Wszystkie natężem siły, aby ciało zbawić,
I przynajmniéy tę ulgę Achillowi sprawić.
W złym razie to naylepsze. „Wtem nieprzyiaciele
Idą gęstemi roty, a Hektor na czele.
Odszedł i rzucił trupa, lecz w tył zwracał oczy.
Jak lew, co przeciw mężom i psom walkę toczy,
Gdy lud z drągami leci i strasznie nań krzyczy,
Lubo niechętny, swoiéy zaniecha zdobyczy,
I odeydzie od stayni, do któréy wpaśdź żądał;
Tak odchodził Menelay, a w tył się oglądał.
Złączywszy się ze swemi, stanął niestrwożony.
Wraz Aiaxa na wszystkie upatruie strony,
Na lewém skrzydle wielki głos rycerza słyszy,
Ożywiaiący męztwo w piersiach towarzyszy,
Które w nich, boską mocą, Apollo osłabił.
Pobiegł i rzekł: „Spiesz! Hektor Patrokla nam zabił!
Przyiacielu, tu całéy użyymy odwagi,
By przynieść Achillowi przynaymniéy trup nagi:
Już zuchwały zwycięzca iego trzyma zbroię.„
Na to Aiax rozdartą uczuł duszę swoię.