Strona:Iliada2.djvu/307

Ta strona została przepisana.


Leci z ręki Hektora na Aiaxa pika,        309
Ale ten, cios postrzegłszy, zręcznie go unika.
Schedy, który w Panopie pyszny dom posiadał,
I możném berłem, ludem niezliczonym władał,
Naydzielnieyszy z Focensów, godny syn Jfita,
Wziął ciężki raz, łopatka na wylot przeszyta:
Upada wódz, śmiertelnym obalony grotem,
A miedź na nim hukliwym zaiękła łoskotem.
Smiało przy Hyppotoia stoiącego ciele,
Forcysa, zapalony Aiax trupem ściele.
Przebił tarczę miedzianą, wnętrza dosiągł bronią,
Padł Forcys, ziemię cisnąc drętwieiącą dłonią.
Uchodzi Hektor, piérwsze cofaią się szyki.
Grecy porwawszy trupy z strasznemi okrzyki,
Swietne zbroie z Forcysa, z Hyppotoia, zdarli.
Byliby aż, do miasta Troianów odparli,
Których równie strach ścigał, iak Achiwów męztwo,
Byliby mieli, mimo Jowisza, zwycięztwo;
Gdy bóg, którego lotne strzały świat ogłasza,
Nanowo podniósł męztwo w piersiach Eneasza.
Feb w twarzy Peryfanta, łukiem zbroyny groźnym,
Peryfanta, co niegdy był Anchiza woźnym,
W którego ustach rada z wymową osiadła;
„Jaki, rzecze, z was odpór, by Troia nie padła?
Bogowie nie chcą zguby, lecz cóż wy czynicie?
Bierzcie sobie za przykład tych rycerzów życie,