Strona:Iliada2.djvu/317

Ta strona została przepisana.


Niestrwożony przy zwłokach Patroklabym krążył.        569
Ach! iak mię w gorzkich żalach zgon iego pogrążył!
Lecz Hektor, gdy mu Jowisz chętny wsparcie daie,
Rozszerza się, iak pożar, i bić nie przestaie.„
Rzekł: cieszy się niezmiernie błękitna bogini,
Że, z niebian wszystkich, do niéy piérwsze śluby czyni,
Rozlewa siłę w członkach, i ożywia ducha.
A iak upornie ludziom naprzykrza się mucha,
Spędzana, w nacieraniu póty się zacieka,
Dopóki nie skosztuie słodkiey krwi człowieka;[1]
Tak zjadły w jego sercu upór się rozszerzył,
Zbliżył się do Patrokla, i oszczep wymierzył.
Był między Troianami, Podes człowiek rzadki,
Nie zmnieyszyły w nim męztwa obfite dostatki:
Hektor go umiał cenić w towarzyszów kole,
Zaszczycał swą przyiaźnią, przy swym sadzał stole.
Gdy się cofał, Menelay dostał go pod pasem,
I na ziemię obalił z ogromnym hałasem.
Zwycięzca ciągnie trupa, i czasu nie traci,
Gdy Apollo w Fenopa zbliżył się postaci,
Który w Abidzie domy wspaniałe dziedziczył,
A Hektor w gronie swoich przyiaciół go liczył:
I mówi, przyodziawszy postać tego męża:
„Któż z Greków będzie twego lękał się oręża,
Gdy iuż słaby Menelay twe piersi zatrwożył?
Oto ci w oczach trupem rycerza położył,

  1. Porównanie to, może zanizkie, wydaie uporczywą stałość Menelaia w obronie ciała Patrokla.