Strona:Iliada2.djvu/338

Ta strona została przepisana.


Wstań więc! i nie leż dlużéy w spoczynku niegodnym,        179
Nie daway sam Patrokla na pastwę psom głodnym:
Gdy zwłoki iego będą zelżone szkaradnie,
Na ciebie stąd, na ciebie cała hańba padnie.„
„Jrydo, rzekł Achilles, powiedzieć mi raczysz,
Czyie tu z nieśmiertelnych rozkazy tłumaczysz?„[1]
„Junony, Jrys mówi, masz posłankę we mnie:
Ona mię tu do ciebie przysyła taiemnie:
Nic oyciec bogów nie wie, nic drudzy niebianie,
Maiący swe na śnieżnym Olimpie mieszkanie.„
„Choćbym, rzecze, naybardziey do boiu był skłonny,
Jakże mogę póyśdź walczyć, gdy iestem bezbronny?
Oręż móy w Troian ręku; a zaś matka miła,
Dopóty mi wychodzić w pole zabroniła,
Póki iéy tu własnemi nie uyrzę oczyma:
Rzekła, że od Wulkana zbroię mi otrzyma.
Ze zbroi cudzéy wcale nie mogę korzystać.
Jeden puklerz Aiaxa mógłby na mnie przystać,[2]
Lecz pewnie on sam walczy z piérwszemi na czele,
I przy trupie Patrokla gęste trupy ściele.„
„Nie iest nam tayno, prędka Jrys odpowiada,
Że nieprzyiaciel twoie oręże posiada:
Lecz pokaż się przy rowie: twą uyrzawszy postać,
Troianin przestraszony nie będzie śmiał dostać:
Wstrzyma zapęd, Grek wytchnie, przygniecion w rozpaczy:
A i lekkie wytchnienie wiele w boiu znaczy.„

  1. Achilles odebrawszy rozkazy od matki, aby nieuzbroiony w pole nie wychodził, pyta się z zadziwieniem, od którego z bogów Jrys przeszła z przeciwnym rozkazem.
  2. Niepospolita pochwała dla Aiaxa, że tylko iego zbroia mogła bydź przydatną dla Achillesa.